wtorek, 13 stycznia 2015

[ Niestety ]

Dziś tak bardziej marudząco, więc zacznę od mojego ulubionego i najczęściej używanego ostatnio słowa a mianowicie NIESTETY..
Niestety, ale rozpoczęty ósmy miesiąc daje mi trochę w kość. 
Niestety nie dam rady ogarniać mieszkania jak wcześniej. 
Niestety nie ugotuję dziś obiadu, bo nie miałam siły turlać się do sklepu. 
Niestety rozebranie choinki jeszcze chwilę poczeka, bo pudełko na ozdoby z piwnicy samo się nie przyniesie. 
Niestety wyjście z domu to wyzwanie bo samo wciśnięcie innych butów niż "Biedronkowe Ugg-i" graniczy z cudem.
I jeszcze wiele innych niestety.

Ten kto mówi, że po pierwszym trymestrze ciężarna może przenosić góry a wszelkie dolegliwości znikają za pomocą magicznej różdżki łże jak cholera. Ok. Są przypadki, że faktycznie tak jest. A może to tylko ja tak mam? A może to po prostu ta pora roku tak wpływa na mnie i moje samopoczucie?

Przez te 7 miesięcy, które właśnie minęły walczyłam na przemian z:

- mdłościami - czyli jak wstać z łóżka bez zwymiotowania, jak dojechać do pracy bez zwymiotowania, jak przeżyć dzień w pracy bez zwymiotowania i tak w kółko. Nie rozumiem dlaczego nazywane są porannymi mdłościami skoro mnie mdliło całymi dniami a nie tylko porankami....

- migrenami - czyli jak wstać z łóżka, gdy głowa pulsuje tak jakby w środku siedział gigantyczny dzięcioł i walił non stop w moją czaszkę, jak wytrzymać i utrzymać skupienie z takim bólem w pracy, jak poruszać się komunikacją miejską z hałaśliwym tłumem ludzi itd. 

- bólami jajników - czyli jak przeżyć taki ból miesiączkowy, ale 5 razy silniejszy nawracający co jakiś czas.

- bólami piersi - czyli jak założyć stanik, jak zdjąć stanik, jak chodzić, jak się położyć w nocy, żeby nie czuć tego rwania i palenia w mięśniach.

- huśtawkami nastrojów - czyli jak z rozhisteryzowanego śmiechu przejść płynnie w rozpaczliwy płacz. No i jak znaleźć powód, żeby chociaż mąż nie myślał, że to tak bez powodu jak jakaś wariatka. 

- zgagą - i nie ważne czy zjem mało, dużo, czy zrobię duże przerwy między jedzeniem czy małe, czy leżę czy stoję czy siedzę - wszystko podchodzi do góry i nie daje nawet spać.

- zaparciami - czyli boli tak, że nie ma jak usiąść na czterech literach, czyli boli tak, że nie można znaleźć dobrej pozycji leżenia, czyli człowiek się męczy i męczy aż w końcu wszystko znika jak ręką odjął i tak co jakiś czas.

- bólami kręgosłupa - czyli samo przewrócenie się na łóżku w nocy jest jak dość niezręczny taniec leżącego słonia, czyli przejście się do sklepu robi się wyzwaniem i ledwo doturluję się do domu, czyli po prostu boli i nie przestaje. 

- zmęczeniem i sennością na początku ciąży - czyli jak wytrwać, gdy ledwo otwieram rano oczy, zasypiam w tramwaju, zasypiam przed monitorem w pracy i wracając znów zasypiam w tramwaju itd.

- bezsennością w późniejszym czasie - czyli jak się wyspać, gdy wszyscy wokół powtarzają "wyśpij się teraz, bo potem już nigdy nie pośpisz".

- zadyszką - czyli jak wejście po schodach czy nawet zwykła rozmowa z kimkolwiek sprawia, że czuję się jakbym przebiegła właśnie co najmniej półmaraton.

- spuchniętymi nogami - czyli jak pójść gdziekolwiek w kozakach (np. do znajomych), zdjąć je, przechodzić bez nich cały wieczór a potem wcisnąć na spuchnięte jak balerony nogi. 

- no i standardowo, gdy mała podrosła zaczęły się częste wizyty w toalecie - czyli jak wyjść do ludzi, gdy po wyjściu z mieszkania dochodzę do tramwaju i już czuję, że po prostu muszę znów zawitać w wc.

Czekam jeszcze na rozstępy i chyba to już będzie cały komplet uzbierany. Challenge accepted!

O. Tak właśnie dziś zamierzałam sobie pomarudzić i sobie pomarudziłam.
Taki sobie spadek formy.