wtorek, 14 lipca 2015

[ Opowieści Laury - mam już 17 tygodni !]


Cześć i Czołem moi wierni kompani :)

Ten tydzień obfitował w niesamowite przygody. Atrakcją główną była wycieczka do Zakopanego. Uwierzycie? Byłam po raz pierwszy w swoim życiu w górach. Ależ było pięknie! Szkoda tylko, że tak krótko :-( ale całość relacji za chwilę.

Początek tygodnia zaczął się nabyciem przeze mnie nowych umiejętności. Mamusia dzień wcześniej poczytała w internecie, że maluchy w moim wieku powinny już przewracać się na brzuszek i zaczęła się martwić, że ja jeszcze nie potrafię. No i co ja zrobiłam? Pokazałam jej, że ja przecież umiem ale nie chciałam się chwalić :) Mama jak co wieczór położyła mnie do łóżeczka. Grzecznie sobie spałam. Około 3.00 jak mamusia przyszła mnie nakarmić (bo strasznie krzyczałam) zobaczyła mnie - swoją córcię - leżącą na brzuszku i krzyczącą z radości :) Aż pobiegła budzić tatę, żeby przyszedł zobaczyć :) 
A rano chyba nadal nie mogła uwierzyć, że to nie przypadek i jak położyła mnie na mojej farmie to jeszcze raz jej pokazałam jak to robię. Nie ma co - zdolniacha jestem!
I tak od tego momentu moim ulubionym ostatnio zajęciem jest przewracanie się na brzuszek wszędzie i o każdej godzinie. Poprzez to trzeba mnie bardzo pilnować, bo nawet na przewijaku mam ochotę na fikołki. 

W środę przyjechała do nas ciocia Agata, która wyruszyła z nami w podróż w góry. Wyruszyliśmy z Warszawy o 4 rano w czwartek. Podróż minęła nam na częstych przystankach na karmienie i odpoczynek. Najważniejsze było, żebyśmy zdążyli dojechali do 12.00, bo o tej godzinie zaczynał się ślub znajomych rodziców. No i udało się. Byliśmy równo o 11.40. Mamusia zdążyła jeszcze mnie nakarmić. Kościółek był prześliczny, mały, cały w drewnie. Ciocia z wujkiem bardzo się ucieszyli, że udało nam się przyjechać. W kościele byłam bardzo grzeczna :-) Potem pojechaliśmy poszukać noclegu w miejscu, w którym rodzice zawsze mieszkają. Udało się bez problemu znaleźć pokój z widokiem na góry. Szybko się ogarnęliśmy i ruszyliśmy w miasto. Najpierw zjedliśmy obiad. Tzn  najpierw rodzice i ciocia zjedli a potem ja. Następnie zaliczyliśmy w pięknej pogodzie Gubałówkę. Szkoda tylko, że dojazd jest mało przyjazny dzieciom w wózkach, bo rodzice musieli co chwilę nosić mnie w wózku po schodach. Nawet w kolejce, która nas zawiozła na górę nie było żadnych platform ani nic. Widziałam, że Pan na wózku też miał spore problemy.
Na Gubałówce trochę pospacerowaliśmy, zrobiliśmy sobie zdjęcia :-) Jak widać na głównym zdjęciu moja radość sięgała zenitu :) Ciocia Agata powiedziała, że tata mnie tu podniósł jak Król Lew podnosił Simbę :) Wtedy też tatuś pierwszy raz usłyszał jak się śmieję na cały głos :)
Po Gubałówce musieliśmy najpierw powoli a potem coraz szybciej wrócić do naszego wynajętego pokoju, bo bardzo szybko zebrały się ciemne chmury i jak tylko weszliśmy do pensjonatu to lunął deszcz. 
Na 19.00 zostaliśmy zaproszeni do cioci i wujka na ślubną kolację w karczmie. Wtedy już nie padało, było bardzo rześkie powietrze. W karczmie było bardzo głośno, bo grał zespół. Mama mnie nakarmiła a potem bujała żebym zasnęła. Najciężej chyba było usnąć, bo nie dość że trochę głośno to jeszcze nie mogłam w wózku uskuteczniać przewracania się. Próbowałam usnąć na boczku ale miałam blisko ścianki wózka i za bardzo mi to nie wychodziło. Po długich próbach jak mi się udało to usnęłam raz-dwa. Obudziłam się o 21.00 i pojechaliśmy do pensjonatu. 

Drugi dzień rozpoczęliśmy od zakupów oscypków i od śniadania w karczmie koło 10.00. A potem pojechaliśmy do Doliny Kościeliskiej na spacer. Było trochę wietrznie chociaż prawie cały czas świeciło słońce. Niestety doszliśmy tylko do połowy trasy, bo potem było już bardzo kamieniście i bym tylko cały czas podskakiwała w wózku. Cały spacer zajął nam prawie 3 godziny :) Potem wsiedliśmy do samochodu i ruszyliśmy w podróż powrotną do Warszawy. W domku byliśmy o 23.00. 

W sobotę rano mieliśmy kolejną rehabilitację. Szybko minęło. Tym razem troszkę się denerwowałam, ale mamusia próbowała zajmować mnie zabawkami. Kolejne zajęcia mamy za dwa tygodnie. Potem odwieźliśmy ciocię Agatę na autobus do centrum i skoczyliśmy na szybkie zakupy do Empiku, żeby kupić prezent ślubny. W sobotę odbyła się w Warszawie druga część wesela czwartkowego. Tym razem jednak już nie poszłam z rodzicami. Koło 18.00 przyjechała ciocia Kasia i wujek Mariusz, którzy się mną zajmowali tego wieczoru. Mama strasznie się denerwowała czy dadzą sobie radę i czy nie będę mocno płakała. Rodzice obiecali, że przyjadą przed 21.00 na ostatnie karmienie i usypianie mnie. W międzyczasie dałam trochę popalić, bo stwierdziłam "a co! trochę popłaczę". No i płakałam. Mama doradziła cioci, żeby mi śpiewała kołysanki jak będzie już źle no i ciocia śpiewała z pół godziny :) chwilę przez przyjazdem rodziców usnęłam. Mama mimo wszystko trochę mnie podkarmiła i dalej poszłam spać. Obudziłam się po 1.00, ciocia zmieniła mi pieluszkę, nakarmiła mnie z butelki mamy mleczkiem i ululała mnie znów do snu. Jak już się usypiałam to wrócili rodzice :) Tak minęła pierwsza noc bez rodziców w domku. Na pewno będzie jeszcze okazja, bo pod koniec sierpnia rodzice mają imprezę i 2 tygodnie później znów mają wesele :) wtedy zostanę chyba z dziadkami. 

W niedzielę nawet dałam pospać rodzicom i cioci. Dopiero koło 10.00 wszyscy zwlekli się z łóżek. Ciocia bawiła się ze mną prawie do 14.00 :) Muszę się częściej z ciocią spotykać bo fajnie było.

Tak minął nam tydzień. A w następną niedzielę już będą moje chrzciny i potem jadę z mamusią na cały tydzień na Podlasie :)


buziaki,
Laurka