czwartek, 18 grudnia 2014

[ ciążowy apdejt ]

Dziś szybki update. Jako, że do mojej ginekolożki nie udało mi się dorwać wolnego terminu to musiałam zapisać się do innej na moją wizytę kontrolną chociażby po to, żeby przedłużyć sobie zwolnienie lekarskie. 

Pani doktor na pierwszy rzut oka niesympatyczna, niemiła, oschła itd. Nic dziwnego, że bez problemu były do niej dostępne terminy. Przeprowadziła ze mną wywiad, zajrzała do wszystkich moich poprzednich badań i zaczęła mnie badać. Bada, bada, kręci głową i nic nie mówi. Jak zapytałam czy coś się dzieje to dalej kręciła głową i powiedziała, że mam skróconą szyjkę...
Ja jako totalny ciemniak w tych sprawach nie wiedziałam co to znaczy, ale po jej minie odczytałam, że to coś poważnego. Potem powiedziała, że zobaczy jeszcze jak się ma serduszko mojego skarba i przyłożyła sprzęt do brzucha. I co? I nic... nic nie słychać. Ja w panice, ona też strach w oczach. Dopiero po kilku chwilach stwierdziła, że może pogłośni sprzęt i wtedy było już słychać serduszko. W międzyczasie oczywiście stwierdziła że w 28 tc wcale nie musi być jeszcze dobrze słychać serca przy takim badaniu co wcale mnie nie uspokoiło, bo miesiąc wcześniej na identycznym badaniu serce było dobrze słyszalne. 
Dzień wcześniej przepłakałam pół wieczoru bo miałam wrażenie że córeczka coś słabo się rusza. A teraz jeszcze taka diagnoza to całkiem poległam. 
Pani doktor stwierdziła, że ona tak na prawdę widzi mnie pierwszy raz, to jest jej pierwsze badanie ze mną i jej ciężko stwierdzić czy szyjka rozszerzyła się tylko na chwilę czy to coś poważniejszego, więc nie przepisała mi żadnych leków. Dała mi tylko receptę na żelazo i tyle. Powiedziała, żeby czekać do kolejnej wizyty u mojej doktor prowadzącej która przypada dopiero 13 stycznia :-(
Do tego poszłam też z zamiarem uzyskania zaświadczenia, że mogę brać udział w zajęciach w szkole rodzenia i Pani doktor kategorycznie odmówiła wystawienia zaświadczenia. Powiedziała, że mam się maksymalnie oszczędzać, nie ćwiczyć, nie hasać nigdzie, nie sprzątać i najlepiej leżeć. 
No nic. Spanikowana wróciłam do domu. Poczytałam oczywiście w internecie o co chodzi z tą szyjką i spanikowałam jeszcze bardziej. Po rozmowie z mężem zapisałam się na szybko na piątek do tego lekarza o którym kiedyś pisałam, że z niego zrezygnowałam bo był bucem, ale akurat miał wolny termin. Chciałabym oddzielnie skonsultować sprawę po zaznajomieniu się z tematem co tak na prawdę powinnam robić w takiej sytuacji i czy na prawdę mam leżeć plackiem bez żadnych medykamentów...

Boję się że mogłam sama sobie zaszkodzić tymi zajęciami fitnessu dla kobiet w ciąży. Chociaż lekarz mówił, że spokojnie powinnam się ruszać itd...
I tak sobie leżę. Nic nie robię. Wstaję tylko na pożywienie się i toaletę. Prawie jak warzywo. A takie miałam plany na święta, zakupy prezentowe, ubieranie choinki, spacery w śniegu (oczywiście z założeniem że śnieg będzie ale zapowiadają 7 stopni na plusie :( więc chyba nici z tego). 

A czy wy miałyście styczność z takim tematem? 
Chyba potrzebuję słowa wsparcia :-(