Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania w ciąży. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą badania w ciąży. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 lutego 2015

[ Zaczynamy 38 tydzień ciąży - ostatnie usg Laury i mały update ]



Dziś nadszedł dzień ostatniego usg córci.
I tak oto Laurka waży 3048 g. Mam nadzieję, że podrośnie max do 3,5 kg :-) chociaż kto wie?
Pozostałe wyniki wszystkie w normie. Jej leżakowanie nadal przybiera pozę główką w dół, kręgosłup ma z mojej lewej strony. Podczas badania wierciła się strasznie :-)
Mam III stopień dojrzałości łożyska.
Pani doktor powiedziała, że więcej niż 2 tygodnie nie będziemy czekać na córcię :-) Oby!

W kwestii aktualizacji wiadomości o moim samopoczuciu....
Od kilku dni łapią mnie bolesne skurcze promieniujące na nogi. Na razie z tego co zauważyłam są to skurcze przepowiadające, bo gdy tylko zmienię pozycję, przejdę się lub zrobię ciepły okład skurcze mijają. Najgorzej jest w nocy, bo skurcze mnie budzą, ciężko mi się przewrócić a jak już się obudzę to przy okazji skoczę do wc i potem nie mogę usnąć. Przewracam się z boku na bok a potem cały dzień nieprzytomnie odsypiam partiami 20 minutowymi przez co jestem jeszcze bardziej zmęczona i nie do życia.

Przedwczoraj około 4.00 zaczęłam nawet liczyć długość skurczu i z zegarkiem w ręku czekałam po jakim czasie nastąpi kolejny. Nie nastąpił. 
Jak powiedziałam o tym rano mężowi to się przestraszył i żartując powiedział "Misiu, ale ty jeszcze nie możesz urodzić! Ja jeszcze nie jestem gotowy!" :-) No tak. Bo 9 miesięcy to za mało, żeby się przygotować. Myślę, że do tego nie da się tak po prostu przygotować i tyle :-)

Co więcej? Chodzę jak pingwin z kijkiem w tyłku, ledwo się ruszam, cała jestem opuchnięta, czuję jak się mała rozpycha i próbuje dać matce w kość dopóki jej to uchodzi bezkarnie :-) 

Do tego zauważyliśmy, że mały łobuziak jest z tego naszego szkraba i jak się mocno wierci to wołam męża żeby położył łapkę na moim brzuchu co by poczuł tego wiercipiętka a ona w tym samym czasie przestaje się ruszać. Jak tylko ręka męża znika z brzucha to znów córcia wariuje :-) jak nic robi na złość tatusiowi :-P charakterek ma po mamusi zatem :-P

Trochę mi będzie brakowało tych wszystkich chwil, ale wiem, że jak się już wykluje to będzie naszym największym szczęściem i miłością! :-)

pozdrawiam ciepło,
diabelnieanielska

wtorek, 3 lutego 2015

[ newsflash ]



Właśnie wróciłam od lekarza.

Szyjka miękka i krótka. Jeśli nie będę się BARDZO oszczędzać to córcia może wyskoczyć w każdej chwili.

Mam brać no-spę 3 razy dziennie.

Mąż zażartował, że córci spieszy się bo ostatnio często jej opowiadam, że czeka już na nią łóżeczko, śliczne ciuszki itd.
Gdyby mi tak ktoś opowiadał też bym była ciekawa :-)

Dlatego jak wracaliśmy to opowiadałam jej, żeby jeszcze poczekała, bo zimno, korki na mieście i w ogóle w brzusiu ma tak fajniutko. Mam nadzieję, że posłucha :-)

pozdrawiam,
diabelnieanielska

piątek, 19 grudnia 2014

[ fałszywe alarmy dostarczają emocji ]

Pisałam w ostatnim poście o tym, że dziś byłam umówiona do lekarza na wizytę w celu potwierdzenia diagnozy Pani Doktor z wtorkowej wizyty jakoby skracała mi się szyjka i że mam leżeć plackiem i nie przemęczać się. 

Zatem przez ostatnie 2 dni leżałam plackiem z poduszką pod pupą co by mieć ją wyżej. Podobno wtedy dzidziuś nie napiera do wyjścia. Bardziej też wsłuchiwałam się w swoje ciało, ale na niewiele się to zdało, bo gdy tylko pobolewały mnie jajniki albo twardniał brzuch zaczynałam panikować.

Stosowałam również inne nowatorskie metody hamowania mojego maleństwa do wyskoku z brzucha jak opowiadanie z mężem bajek pod chwytliwymi tytułami "O Księżniczce czekającej na wyjście z domku", "O Księżniczce mieszkającej w pięknych komnatach przez 9 miesięcy" czy "Bajka o nie spieszeniu się" :-) Myślę, że nawet jeśli córcia ich zbyt dokładnie nie słuchała to my mieliśmy ubaw po pachy :-)

No nic. Pojechałam dziś na wizytę do mojego nielubianego lekarza. Niechętnie mnie zbadał i był jakby obrażony za to, że z niego zrezygnowałam na rzecz innego lekarza. Z łaską mnie zbadał i stwierdził, że wszystko według niego jest ok i nie widzi żadnej skróconej szyjki a serduszko dziecka bije prawidłowo. Wypisał mi skierowanie na cito na usg w celu upewnienia się bardziej szczegółowo jak to z tą szyjką jest. Na szczęście udało mi się umówić wizytę w tym samym dniu. Na usg Pani Doktor sprawdziła dokładnie szyjkę i zrobiła też ogólne badanie maleństwa. Przy bijącym serduszku znów mnie strasznie zestresowała mówiąc:
- Serce prawidłowe, bicie serca <tu chwila zawahania>... dziecko z arytmią.
- Jak to z arytmią? Wszystko było dotychczas prawidłowe...<ja już w panice>
- A no tak, przepraszam, maleństwo po prostu ma czkawkę i mi obraz zakłóciło...
No żesz ty doktorko!

Badanie ok. Wszystko prawidłowe. Córeczka moja najsłodsza to już cały kilogram do kochania! Taka z niej panna wielgachna już. No i już zabrała nóżki i nie puka się nóżkami w czółko :-)

Jak widać moje maleństwo od prawie że poczęcia dostarcza mi stopniowo stresów. Moja mama się śmieje, że lepiej od razu zacząć się przyzwyczajać, bo potem już będzie tylko gorzej :-)

Pozdrawiam,
diabelnieanielska

czwartek, 18 grudnia 2014

[ ciążowy apdejt ]

Dziś szybki update. Jako, że do mojej ginekolożki nie udało mi się dorwać wolnego terminu to musiałam zapisać się do innej na moją wizytę kontrolną chociażby po to, żeby przedłużyć sobie zwolnienie lekarskie. 

Pani doktor na pierwszy rzut oka niesympatyczna, niemiła, oschła itd. Nic dziwnego, że bez problemu były do niej dostępne terminy. Przeprowadziła ze mną wywiad, zajrzała do wszystkich moich poprzednich badań i zaczęła mnie badać. Bada, bada, kręci głową i nic nie mówi. Jak zapytałam czy coś się dzieje to dalej kręciła głową i powiedziała, że mam skróconą szyjkę...
Ja jako totalny ciemniak w tych sprawach nie wiedziałam co to znaczy, ale po jej minie odczytałam, że to coś poważnego. Potem powiedziała, że zobaczy jeszcze jak się ma serduszko mojego skarba i przyłożyła sprzęt do brzucha. I co? I nic... nic nie słychać. Ja w panice, ona też strach w oczach. Dopiero po kilku chwilach stwierdziła, że może pogłośni sprzęt i wtedy było już słychać serduszko. W międzyczasie oczywiście stwierdziła że w 28 tc wcale nie musi być jeszcze dobrze słychać serca przy takim badaniu co wcale mnie nie uspokoiło, bo miesiąc wcześniej na identycznym badaniu serce było dobrze słyszalne. 
Dzień wcześniej przepłakałam pół wieczoru bo miałam wrażenie że córeczka coś słabo się rusza. A teraz jeszcze taka diagnoza to całkiem poległam. 
Pani doktor stwierdziła, że ona tak na prawdę widzi mnie pierwszy raz, to jest jej pierwsze badanie ze mną i jej ciężko stwierdzić czy szyjka rozszerzyła się tylko na chwilę czy to coś poważniejszego, więc nie przepisała mi żadnych leków. Dała mi tylko receptę na żelazo i tyle. Powiedziała, żeby czekać do kolejnej wizyty u mojej doktor prowadzącej która przypada dopiero 13 stycznia :-(
Do tego poszłam też z zamiarem uzyskania zaświadczenia, że mogę brać udział w zajęciach w szkole rodzenia i Pani doktor kategorycznie odmówiła wystawienia zaświadczenia. Powiedziała, że mam się maksymalnie oszczędzać, nie ćwiczyć, nie hasać nigdzie, nie sprzątać i najlepiej leżeć. 
No nic. Spanikowana wróciłam do domu. Poczytałam oczywiście w internecie o co chodzi z tą szyjką i spanikowałam jeszcze bardziej. Po rozmowie z mężem zapisałam się na szybko na piątek do tego lekarza o którym kiedyś pisałam, że z niego zrezygnowałam bo był bucem, ale akurat miał wolny termin. Chciałabym oddzielnie skonsultować sprawę po zaznajomieniu się z tematem co tak na prawdę powinnam robić w takiej sytuacji i czy na prawdę mam leżeć plackiem bez żadnych medykamentów...

Boję się że mogłam sama sobie zaszkodzić tymi zajęciami fitnessu dla kobiet w ciąży. Chociaż lekarz mówił, że spokojnie powinnam się ruszać itd...
I tak sobie leżę. Nic nie robię. Wstaję tylko na pożywienie się i toaletę. Prawie jak warzywo. A takie miałam plany na święta, zakupy prezentowe, ubieranie choinki, spacery w śniegu (oczywiście z założeniem że śnieg będzie ale zapowiadają 7 stopni na plusie :( więc chyba nici z tego). 

A czy wy miałyście styczność z takim tematem? 
Chyba potrzebuję słowa wsparcia :-(

środa, 10 grudnia 2014

[ test obciążenia glukozą w ciąży ]



Na początek trochę teorii przestudiowanej online.

W ciąży wykonuje się cały szereg badań. Wiele z nich daje gwarancję wcześniejszego wykrycia zaburzeń, które mogą być niebezpieczne zarówno dla matki, jak i dziecka. 

Kobieta z cukrzycą musi liczyć się z tym, że zwiększa się ryzyko urazów okołoporodowych, stanu przedrzucawkowego, wielowodzia oraz może wystąpić większe prawdopodobieństwo zakończenia ciąży cesarskim cięciem. Dla dziecka cukrzyca matki może skończyć się zbyt dużą masą urodzeniową i mniejszą ilością punktów w skali Apgar, zwiększa się również ryzyko wystąpienia wad cewy nerwowej oraz wad serca.

Sam test powinno wykonać się pomiędzy 24 a 28 tygodniem ciąży. Badanie wykonuje się na czczo, chociaż z informacji jakie występują w internecie często można wyczytać, że nie jest to konieczne. Z błędu zdecydowanie wyprowadzają lekarze oraz osoby pracujące w laboratorium. 

Najpierw pobiera się krew na czczo, następnie dostajemy do wypicia kubeczek wody z rozpuszczoną, odmierzoną dawką glukozy (75 gramów). Od momentu wypicia zaczynamy odmierzać godzinę po której zgłaszamy się na kolejne pobranie krwi. Następnie znów odmierzamy kolejną godzinę i zgłaszamy się na ostatnie pobranie. 

Po jakimś czasie dostajemy wyniki badań z którymi zgłaszamy się do lekarza prowadzącego. 

Wartości prawidłowe:
- glukoza na czczo mniejszy lub równy 105 mg,
- w 1 godz. po podaniu glukozy mniejszy lub równy 180 mg,
- w 2 godz. po podaniu glukozy mniejszy lub równy 140 mg.

Gdy co najmniej jeden wynik jest nieprawidłowy powinno podjąć się leczenie. 


A jak wyglądało badanie w moim przypadku? 

Jestem w miarę "na świeżo", bo badanie wykonałam wczoraj. Rano zgłosiłam się do mojej placówki medycznej. Kolejka do punktu pobrań była gigantyczna jednak po przeczytaniu jakże cudownej karteczki z napisem "Kobiety w ciąży obsługujemy bez kolejki" moje życie nabrało radości :-) Weszłam do gabinetu praktycznie od razu. Krótka rejestracja i już wylądowałam na fotelu. "Obsługiwała mnie" osoba, która wg moich spotrzeżeń była mało doświadczona. Na początku strasznie męczyła się ze znalezieniem żyły. Gdy już się wkuła krew strasznie słabo się ulewała do pojemniczka. No nic, stwierdziłam, że dziś widocznie mam gorszy dzień. Po pobraniu otrzymałam kubeczek z glukozą do której od razu wycisnęłam sok z połowy cytryny (o cytrynie poinformowała mnie Pani przy poprzednim oddawaniu materiału do badań, do tego sporo też naczytałam się w internecie). Od razu po wyjściu z gabinetu na korytarz usiadłam na fotelu i zaczęłam się delektować nektarem. Wyczytałam, że sam preparat będzie okropny i mogę spodziewać się wymiotów itd. Nastawiłam się na najgorsze... Kolejny raz utwierdziłam się w tym, że nie można wierzyć we wszystko co wyczyta się w internecie. Wg mnie sam roztwór nie był taki zły. Fakt, że bardzo słodki, ale na pewno nie było to traumatyczne przeżycie. Sam kubeczek opróżniłam szybko i zerkając na zegarek rozpoczęłam pierwszą godzinę oczekiwania. 
Myślałam, że w tak zwanym między czasie skoczę na zakupy do Rossmanna, który jest obok, myślałam że uda mi się skoczyć na pocztę po awizowane przesyłki. Niestety od razu po pobraniu krwi dostałam wytyczne, że powinnam zostać na terenie placówki :-( No tak, tego już nie doczytałam w internecie chociaż po powrocie do domu faktycznie taką informację sprawdziłam. A ja? Nie wzięłam książki, nie kupiłam gazety, nie naładowałam telefonu więc padł mi po 40 minutach słuchania radia. Troszkę się wynudziłam. 
Po równej godzinie znów bez kolejki weszłam do gabinetu na kolejne pobranie. Tym razem Pani wbiła mi się w tą samą rękę ale krew w ogóle nie płynęła. Wyginała igłę w każdą możliwą stronę i nic. Potem stwierdziła, że jednak spróbuje na drugiej ręce i tak przez ponad 5 minut maleńkimi kropelkami krew została spuszczona mniej więcej do połowy fiolki. Masakra. Biorąc pod uwagę, że przy wcześniejszych pobraniach taka sytuacja nigdy nie miała miejsca a samo pobranie krwi trwało dosłownie kilka sekund trochę się zdziwiłam. No nic. Moja druga ręka została zalepiona i znów udałam się na korytarz licząc kolejną godzinę. W tym mniej więcej momencie zaczęłam odczuwać bardzo duży głód. Była mniej więcej 10 godzina a moje śniadanie w ostatnich tygodniach wypada najpóźniej na godzinę 7-8 rano. 
W poczekalni nie było już nikogo poza mną i jakimś dziadkiem, który czekał do gabinetu obok. Charczał, kaszlał i wzdychał przez całe pół godziny... Potem zostałam sama. Na moje szczęście czas przyspieszył i kolejna godzina czmychnęła szybciej niż się spodziewałam. Jako, ze moja dzisiejsza pobierająca udała się wtedy na lancz czy inne śniadanie trafiłam na Panią, która już kiedyś pobierała ode mnie krew. Spojrzała na moje pokłute ręce, zdezynfekowała rękę, rach - ciach i krew zlała się do próbki gigantycznym strumieniem. Tam, gdzie poprzednia Pani nie mogła znaleźć żyły przez 5 minut ta zlokalizowała ją bez problemu i jedynie po tym wkłuciu nie został mi siniak... Tak to jest jak się trafi na doświadczoną osobę. 



Po badaniu uciekłam jak najszybciej w stronę domu, po drodze na szybko zahaczając pocztę i sklep spożywczy. Gdy robiłam śniadanie (godz. 12.00) ręce trząchały mi się tak, że nie dałam rady przekroić bułeczki. Co tu ukrywać - rzuciłam się na jedzenie jak to mówi mój mąż "jak szczerbaty na suchary" albo "jak dzik w żołędzie" :-)

Dziś odebrałam wyniki online:

Za tydzień mam kolejną co miesięczną wizytę, na której skonsultuję wyniki z moim lekarzem, ale wg wszelkich znalezionych przeze mnie wartości wszystko jest w normie. Mam nadzieję :-)

pozdrawiam,
diabelnieanielska