wtorek, 11 listopada 2014

[ miracle ]

Urodziłam się jako ta najmłodsza, a w całej najbliższej rodzinie po mnie młodsze kuzynostwo urodziło się, gdy ja sama jeszcze robiłam w pieluchy. Piszę o tym, bo nigdy nie miałam styczności z małymi dziećmi. Nigdy nie wiedziałam jak się przy nich zachowywać, co z nimi robić, jak przy nich mówić, co mówić itd.

Mimo, że urodziłam się jako najmłodsza to od zawsze wszyscy wokół zwiastowali mi najszybsze za mąż pójście. Gdy rozmowa jednak schodziła na temat dzieci nikt nie przypuszczał, że ja - ta co nigdy nie lubiła dzieci a wręcz się ich bała - będzie miała własne.

I tak zaczęło się od planów. Jedni znajomi wpadli, drudzy zaszli zaplanowanie. I w końcu zaczął budzić się instynkt macierzyński. No bo właściwie dlaczego nie? Trochę odkładaliśmy tą decyzję na zasadzie "poczekajmy, gdy będziemy już po ślubie, bo nie chcę iść do ołtarza z brzuchem" a potem "przecież nie będziemy wychowywać dziecka z wynajmowanym pokoju z dwoma innymi lokatorami za ścianą".. I tak, gdy ślub się odbył, mieszkanie zostało zakupione i wykończone została podjęta decyzja - działamy!

Jak to stwierdził mój mąż "gdyby wiedział, że będzie tak ciężko nie tracilibyśmy pieniędzy na gumki i tabletki". Okazało się, że to wcale nie jest takie łatwe. Rozmawialiśmy coraz więcej, działaliśmy pod coraz większym napięciem i dalej nic. Różne kalendarzyki, testy owulacyjne okazały się bujdą.
W końcu poszłam do lekarza. Zaczęły się badania jedne, drugie, trzecie... Kolejne miało być usg, jak ja to nazywam "dowcipne". Lekarz stwierdził, że wszystko jest ok i żebyśmy spróbowali w piątek.

Jak lekarz zapowiedział tak też się zadziało i bęc. Dwa tygodnie później miesiączka miała kilkudniowe spóźnienie. Akurat na weekend przyjechało rodzeństwo męża na zwiedzanie stolicy, więc w niedzielę zabraliśmy się z nimi do Muzeum na Szucha. Jazda samochodem była jednak mniej komfortowa niż zwykle i powiedziałam mężowi, że zbiera mi się na wymioty. Był to znak, że albo mąż bawi się znów w Kubicę a ja z moją chorobą lokomocyjną powinnam natychmiast uchylić okno i pooddychać świeżym powietrzem albo jak to mówił xs. Natanek "wiedz, że coś się dzieje". W drodze powrotnej zajechaliśmy do apteki po test.

3 minuty czekania. Na teście pojawiła się bardzo słaba, prawie niewidoczna druga kreska. Umówiłam się na spotkanie do lekarza. Rano przed lekarzem kilka dni po poprzednim teście wykonałam kolejny, tym razem z samego rana jak mówi instrukcja a kreska pojawiła się już wyraźniejsza.



Potwierdzenie lekarza było już tylko formalnością.
I zaczęło się.