czwartek, 29 października 2015

[ wściekłość, czyli masz babo dziecko to się nim zajmuj ]

Dziś zamiast opowieści będzie żalenie i złość.

Otóż.

Zostałam zaproszona na imprezę pożegnalną kolegi z pracy, który zdecydował się opuścić naszą firmę na rzecz innej. Impreza odbywa się w ten piątek. Plan był taki, że mąż wraca z pracy, przejmuje Laurę i daje mi PIERWSZY!!! raz od urodzenia dziecia naszego wyjść na miasto, spotkać się ze znajomymi a może i napić się drinka. 

A skoro plan jest taki jak powyżej to chciałam przygotować Laurę na tę okoliczność. Laurę i męża. Postanowiłam (na wszelki wypadek) spróbować napoić Laurę mlekiem modyfikowanym. Ja niestety mam już mało pokarmu i jakbym miała ściągać to trwałoby to tydzień albo dłużej. A i tak planuję niedługo odstawić Laurę i przydało by się żeby umiała i chciała pić mleko z butelki.

I tak oto wczorajszego wieczora postanowiliśmy zrobić test na relacji Laura-ojciec. Tatuś miał wykąpać Laurę, nakarmić kaszką i potem ewentualnie dopchnąć mleczkiem do snu. 
I skończyło się na "miał". 
Co do czego to zaczęły się teksty "no ale może ty wykąpiesz skoro ja mam nakarmić", "w piątek i tak jej nie będę kąpał", "po co mam ją usypiać - poczekam aż sama padnie", "skoro płacze to nie chce jeść" itd.

Kąpiel poszła jako tako. Ja w tym czasie przygotowałam kaszkę i mleczko. Wsadził Laurę do fotelika, pozapinał z wyrzutem, że przecież po co i po moim zdaniu "sprawdź czy nie za ciepłe" zaczął karmić Laurę, która momentalnie się rozwrzeszczała. Już abstrahując od tego, że idą jej górne ząbki i nie za bardzo lubi ciepłe jeść ostatnio. Mąż nie biorąc do serca moich słów rzucił się do mnie że chcę dziecko wrzątkiem karmić i że to moja wina, że on nie podmuchał i nie ostudził.
Ok. Kaszka wystygła - karmi dalej. "Laura no masz, no masz, jedz" wciskając jej łyżeczkę z kaszą na siłę do buzi. Ona płacze, odwraca głowę i się kręci. Mówię, że trzeba sposobem, że nie chce bo ją bolą dziąsła i trzeba ją ponamawiać a z miną jakby sam miał zaraz zwymiotować nie zachęci dziecka do jedzenia. Poza tym mam wrażenie że Laura od razu wyczuła jego nastawienie. Stwierdził, że ona nie jest głodna. 
Wkurzyłam się i sama ją nakarmiłam. Okazało się, że jednak głodna była. Zjadła do końca.

Potem przyszedł czas na usypianie. Mąż chwycił Laurę w pozycji jakiej ja ją karmię piersią. Zaczął się lament już w momencie przystawienia butelki z mleczkiem do jej buzi. Mąż oczywiście wpychał na siłę, ona się darła, a mąż darł się na mnie że on poczeka aż "sama do niego przyjdzie jak będzie głodna". 

Witki mi opadły. Najbardziej jednak zabolał mnie tekst "ty powinnaś to robić bo ty masz do tego rękę, instynkt itd." czyli tłumacząc prościej - ja jestem matką, więc wszystkie obowiązki przy dziecku należą do mnie. 

I jak dłużej pomyślałam to faktycznie wyszło, że mąż poza zabawą, przewinięciem od czasu do czasu i co jakiś czas kąpielą nie robi nic poza tym przy Laurze. Na spacer przez 7 miesięcy poszedł ze 3 razy po wcześniejszym przymuszeniu. Oczywiście w spacerze uczestniczyłam również ja - nie to że sam z siebie poszedł. Nie karmił, gdy zaczęła jeść już stałe posiłki, unikał jakiejkolwiek pielęgnacji dziecka bo "on się boi że zrobi krzywdę". Za całość wychowania, wykarmienia, wizyt lekarskich i wszelkich dobroci dotyczących córy odpowiadam ja. 

A co powiedziałam mężowi? Bo cały czas piszę co on. A co ja? Ja powiedziałam, że dziecka sama sobie nie zrobiłam i jeśli tak ma wyglądać jego wkład w wychowanie oraz wkład we wspieranie mnie to ja podziękuję i więcej dzieci nie chcę mieć. 

Mąż się obraził i stwierdził "no to nie".

Krew mnie zalała od stóp do głów.

No i tak. Ja jutro idę na to spotkanie. Mam tylko nadzieję, że godzinę po moim wyjściu nie dostanę telefonu "wracaj do domu, bo ona głodna/nie chce zasnąć/ciągle płacze/lub inne takie" .

A jak wy myślicie? Jestem sama sobie winna? Jak to wygląda u Was?

pozdrawiam,
diabelnieanielska

ps. post pisany emocjami. no bo musiałam gdzieś to wyrzucić.