wtorek, 26 kwietnia 2016

[ Opowieści Laury - mam już 52 tygodnie i trochę !]



Cześć wszystkim,

oj tyle co się wydarzyło w tym tygodniu to już dawno się tak nie działo. Ale po kolei.

W nocy z poniedziałku na wtorek zaczęłam znów wysoko gorączkować. Mamusia początkowo zbiła mi temperaturę Nurofenem i tak dotrwałam do rana. A rano mamusia zauważyła dwie wyrzynające się czwórki na dole i stwierdziła, że ta gorączka to pewnie od zębów. 

Trwałyśmy tak dosyć długo. Z dnia na dzień mój apetyt był coraz mniejszy, potem to w ogóle już tylko piłam. Przesypiałam większość dnia. Nie miałam siły na zabawę. Mamusia zbijała mi gorączkę i w środę umówiła nas na piątek do lekarza. Cud, że w ogóle udało nam się wyrwać jakiś termin, bo nigdzie nie było wolnych miejsc. No i tak w piątek poszłyśmy z mamusią do pediatry. Pani doktor mnie obejrzała i powiedziała, że skoro nie ma żadnych innych objawów poza gorączką to prawdopodobnie jest to zakażenie układu moczowego i od razu dostałyśmy skierowanie do szpitala. 

Musiałyśmy niestety poczekać na tatusia aż wróci z pracy. Tatuś wrócił, mama nas spakowała i pojechaliśmy do Szpitala Pediatrycznego WUM na Żwirki i Wigury. Szpital sam w sobie robił wrażenie, bo dopiero 3 miesiące temu go otworzyli. 

W szpitalu byliśmy koło 17.00. Zarejestrowaliśmy się i poszliśmy czekać w kolejce do gabinetu na Izbie Przyjęć. Minęło może z pół godziny i zaprosili nas do gabinetu. Nie lubię lekarzy. Płakałam strasznie ale tatuś mnie mocno przytulał i uspokajał. W gabinecie dostaliśmy kubeczek na pobranie moczu i mieliśmy wrócić do gabinetu, gdy wrócą badania. 

Zebranie siku było strasznym doświadczeniem zarówno dla mnie jak i rodziców. Siedzieliśmy w specjalnym pokoju dla mamuś z dziećmi. Ja cały czas płakałam, bo nie wiedziałam co się dzieje. Mamusia wmuszała we mnie picie, żebym miała czym siusiać. Stali nade mną z kubeczkiem i powtarzali "usiusiu usiusiu", puszczali wodę w kranie, namawiali mnie na zrobienie siusiu w każdy możliwy sposób a ja chyba ze stresu się zablokowałam i nie chciała polecieć ani kropelka.

W końcu jak już dochodziły dwie godziny od momentu wyjścia z gabinetu mamusia stwierdziła, że pójdzie zapytać w gabinecie czy jest jakiś inny sposób na pobranie tego siusiu bo ja się chyba nie zdecyduję. Do gabinetu się nie dostała, więc wróciła na chwilę do mnie i taty. I co? Ja stałam na golasa przy ścianie a pode mną była kałuża moczu. Mama tylko spojrzała na tatę a ten się uśmiechnął i powiedział, że tylko tyle udało mu się złapać. Tylko tyle czyli dosłownie pół centymetra w słoiczku. Tatuś poszedł do gabinetu pobrań zanieść kubeczek. Na szczęście pani powiedziała, że tyle powinno starczyć. Uff...


Potem przyszedł czas na czekanie na wyniki. Powiedziano nam że potrwa to około godziny - czekaliśmy prawie dwie. Mama już była głodna, padnięta i zmęczona. Tata tak samo. A ja to już w ogóle się usypiałam u taty na rękach. 

Jak przyszły wyniki to zawołano nas do gabinetu. Pan doktor powiedział, że ewidentnie to zakażenie i że nas zatrzymują w szpitalu. Pan doktor dzwoniąc na oddział powiedział, że mamy szczęście, bo zgarniamy ostatnie łóżko w pokoju a kolejne przypadki będą leżały już na korytarzu. Od razu nas też poinformowano, że nasz pobyt prawdopodobnie potrwa z tydzień.

Jak zaprowadzono nas na oddział to od razu wylądowaliśmy w gabinecie zabiegowym. Zbadano mnie, pobrano krew, znów siku i Pan doktor zebrał od mamusi wywiad na mój temat. Trwało to strasznie długo. Pobieranie krwi i siku było straszne. Tak się wyrywałam, że musiało mnie trzymać pięć dorosłych osób. Podłączono mi też wenflon. Po wszystkim byłam wykończona.

Potem wylądowałyśmy w pokoju. Ja miałam swoje łóżeczko i do tego mamusia też miała swoją leżankę. Jak tatuś poszedł do samochodu po rzeczy to mamusia została ze mną w pokoju. Nie było go z godzinę a potem przyszły pielęgniarki żeby dać mi kroplówkę, bo byłam trochę odwodniona. Podczas kroplówki tatuś trzymał mnie na rękach a ja próbowałam spać. Potem tata pojechał do domku a my zostałyśmy same. 

Mamusia prawie nie zmrużyła oka przez całą noc. Koło 3.00-4.00 rano obudziłam się z płaczem. Mama nie zapalając światła próbowała mnie ululać w łóżku i zauważyłam, jakąś plamę na łóżku. Pomyślała, że to może mi się ulało albo coś. Dopiero jak zobaczyła, że gdzie nie usiądę to zostaje plama to zapaliła światło i się okazało, że zrobiłam taką kupę, że dosłownie eksplodowała mi pieluszka. Dobrze, że miałam założone rajstopy, bo w innym razie cała zawartość pieluchy znalazła by się na łóżeczku.

Mama od razu mnie ogarnęła, ale musiała też zmienić mi pościel. Poszła szybko do pielęgniarek. Niestety musiała jedną obudzić, ale na szczęście nie była zła. Cała akcja trwała trochę czasu, więc jak już mamusia wszystko ogarnęła włącznie z przepraniem moich ubranek to ja szybko zasnęłam.



Następnego dnia koło południa okazało się, że musimy przenieść się do pokoju obok, gdzie była już pani z synkiem. Bardzo miło nas przywitała i mama od razu znalazła z nią wspólny język. Ja na początku się nie mogłam zgrać z chłopcem, ale pod koniec mojego pobytu w szpitalu można powiedzieć, że się fajnie z Antkiem zakumplowałam.


Przez cały pobyt w szpitalu dostawałam leki, antybiotyki, kroplówki. Musiałam też pić dużo napojów, bo to był warunek dostania kroplówki. Przez pierwsze 3 dni ją miałam a potem piłam już na tyle dużo, że zrezygnowano z dawania mi ich. Ogólnie mój przypadek nie był taki interesujący, bo jak przychodził obchód to u nas zawsze był tylko chwilę a u innych bardzo długo. No i wszystkie obchody obcojęzyczne nas omijały. 

Tatuś odwiedzał nas codziennie. Była ciocia Kasia z nowym wujkiem i wujek Mariusz z nową ciocią i nawet wujek Piotrek do mnie przyjechał :-)

No i moje pierwsze urodziny jak już się pewnie domyślacie spędziłam w szpitalu na oddziale nefrologicznym. Przyjechała ciocia Kasia z balonami i potem tatuś z jeszcze większą ilością baloników i z ciastem :-) Cały nasz pokój świętował moje urodziny :) a ja wcinałam ciasto i bawiłam się z moim kumplem Antkiem :-) Było super!



W ciągu tego tygodnia gorączka minęła a ja czułam się coraz lepiej. Pani ordynator powiedziała, że w piątek wychodzimy jeśli wyniki moczu będą dobre. Od rana siedzieliśmy jak na szpilkach, mama spakowała się i czekała na informację o wypisie. Pani doktor przyszła o 10 i powiedziała, że coś ją jeszcze w wynikach niepokoi i żebyśmy jeszcze raz pobrali mocz. Niestety mamusia musiała to zrobić sama i strasznie się namęczyła. Na szczęście się udało i wyniki były już lepsze ale pani doktor dała nam dwie opcje do wyboru:
1. zostajemy przez weekend, dajemy w poniedziałek mocz na badania i jak jest wszystko ok to wychodzimy
2. wychodzimy w piątek, dostajemy antybiotyk do domku i w poniedziałek robimy badanie moczu na własną rękę a po konsultacji z pediatrą jeśli okaże się że coś nadal jest nie tak to wracamy na oddział.

Mamusia wybrała drugą opcję. I takim sposobem wróciliśmy do domku. Tatuś po nas przyjechał, po drodze zajechaliśmy do apteki wykupić moje leki. 

Mamusia miała też plan, że skoro za tydzień już są święta wielkanocne to w niedzielę tatuś nas zawiezie do dziadków na Podlasie żebyśmy wypoczywały. 

I tak minęły dwa tygodnie :-)

Mama utrzymywała potem krótko kontakt z ciocią ze szpitala, która pisała, że Antek strasznie za mną tęsknił i powtarzał moje imię. Mama mówi że zawróciłam mu w głowie :-P

Buziaki kochani,
Laurka