piątek, 29 maja 2015

[ kosmetyczni ulubieńcy - maj 2015 ]


Nie mogłam się oprzeć. W tym miesiącu zakochałam się w niektórych produktach na nowo. I tak sobie myślę: Jak ja mogłam ich wcześniej nie znać? Jak mogłam z nich nie korzystać? Jak to możliwe?

W dzisiejszym odcinku Kosmetyczni Ulubieńcy maja, których używałam namiętnie. 

Na pierwszy rzut idą dwa produkty paznokciowe. Ostatnimi czasy szaleję za różem. I to nie takim bladym, bez wyrazu - tylko za takim mocnym, mięsistym, intensywnym. I tak oto na moich paznokciach zagościł lakier z superpharmowskiej linii Life w kolorze 09. W duecie z drugim niezastąpionym produktem, który zapewne znacie czyli Seche Vite moje paznokcie wyglądają bosko. 
Nie muszę chyba wspominać, że przy małym bąbelku w domu pomalowanie paznokci to często wyścig z czasem. Odkąd mam Seche Vite malowanie mi nie straszne, bo mogę tą czynność wykonać w mniej niż 10 minut. I najważniejsze, że nie mam później odbitej np. pościeli na paznokciach co zdarzało się często, gdy nie było dostępnych ekspresowych wysuszaczy lakierów. 
A sam lakier z Life? Piękny, intensywny kolor. Doskonałe krycie już przy jednej warstwie. Odpowiednia gęstość. Wygoda malowania. Ideał!


Kolorówka to jest taki twór, którego ostatnio staram się minimalizować. Zakochałam się też w świeżym, rozświetlonym makijażu, co staram się ostatnio praktykować. W tych praktykach niezastąpione są 3 produkty:
  • Mary Lou-Manizer z TheBalm. Klasyk. Używam go codziennie odkąd go kupiłam. I nie żałuję wydania na niego ani złotówki. Warto było. Faktycznie jest to produkt dopieszczający makijaż i nadający twarzy piękna. 
  • Róż 41 Healthy Mix z Bourjois. Trwały, o ładnym zapachu, w wygodnym małym opakowaniu. Piękny kolor nadający policzkom młodzieńczej świeżości. Chyba nic więcej nie trzeba dodawać. 
  • Cień z Glazel Visage, który otrzymałam w kwietniowym Shiny Box-ie. Rozświetla oko, dodaje blasku. Przy tym jest bardzo delikatny i nie daje wrażenia "żarówy". 
Te trzy produkty łączę z Kremem CC z Bourjois i tuszem 2000 Calorie. Tylko tyle wystarczy mi, żeby wyczarować lekki, codzienny makijaż, który sprawi, że czuję się jak młodziutka piętnastolatka z rumieńcami na twarzy ;-)



I na koniec troszkę kosmetycznej pielęgnacji. Moje serce skradło w tym miesiącu naturalne masło Shea. Przede wszystkim uratowało ono moje przesuszone po ciąży łokcie i pękniętą skórę na palcu, która bolała niemiłosiernie. Na początku może nie oszałamiał mnie jego zapach, ale to kwestia przyzwyczajenia. Masło jest mega wydajne. A i tak najlepsze jest uczucie, gdy dotykam rano części ciała, którą posmarowałam dzień wcześniej i nadal czuję produkt na sobie. A nie tak jak te wszystkie cudne balsamy sklepowe, które obiecują mega nawilżenie a ja ich nie czuję już 5 minut po aplikacji. 

Kolejny hit to pomadka peelingująca z Sylveco. Osławiona już w blogo i youtubosferze. Moje usta w końcu mogą po niej współpracować z jaką tylko pomadką zapragnę, bo pozbyłam się już odstających skórek. 

I na koniec ulubieniec ostatniego roku odkryty na nowo - woda termalna z Uriage. Zimą niespecjalnie lubiłam pryskać się zimnym płynem po twarzy. Teraz, gdy zrobiło się już cieplej a ja ćwicząc wieczorami mam wrażenie, że pali mnie twarz uwielbiam potraktować posmarowaną kremem twarz mgiełką wody. Mam już w zapasie kolejne opakowanie zakupione dzięki kuponowi za niecałe 13 zł w Superpharm. 



A Wy? Macie swoich ulubieńców?

pozdrawiam,
diabelnieanielska