piątek, 10 kwietnia 2015

[ macierzyństwo oczami diabelnieanielskiej, czyli podsumowujacy miszmasz ]


Dlaczego nikt mi nie powiedział, że tak będzie? No dobra. Każdy mówił. Chociaż patrząc z perspektywy mijających czterech tygodni muszę powiedzieć, że nie jest wcale tak źle jak wcześniej zakładałam. Bałam się. Cholernie się bałam powrotu do domu z bąblem. Bardziej niż samego porodu. Do porodu za bardzo nie mogłam się przyczynić, bo to musiało się zadziać. A samo wychowanie, bycie z moim dziecięciem w mieszkaniu, sam na sam - eh to wyzwanie, na które czasem mam wrażenie nie byłam gotowa... 
Dziecię moje jest najcudowniejsze na świecie - nie mam co do tego wątpliwości. Kocham ją bezgranicznie, ale czasem jak ryczy przez cały dzień to siedzę i płaczę z bezsilności i najchętniej zostawiłabym ją w łóżeczku i wyszła zamykając za sobą drzwi, aby złapać chwilę oddechu. Ale nie mogę. Wiem to i nigdy tego nie zrobię. Czy to jest ten tak zwany baby blues? Nie mam pojęcia. Na razie miałam dwa takie momenty. Poza tym - cały czas walczę. 
Laura przez pierwsze dwa tygodnie ładnie sypiała, przesypiała prawie całe noce. A jeśli już się budziła to tylko na zmianę pieluszki i jedzonko. Nawet nie zajmowało jej dużo czasu uśnięcie po jedzeniu, więc i dziecię było wyspane i mąż i ja. Jadła ładnie, spała ładnie i w ogóle było całkiem przyzwoicie. Bolał ją brzuszek, ale też dawaliśmy radę. Przez to, że nie potrafię spać w dzień to czasem byłam wykończona. Jak już oczy mi się zamykały ze zmęczenia na stojąco to mąż przechwytywał Laurkę na noce i przynosił mi ją tylko do karmienia. Jak na złość Laura pod jego opieką przesypia prawie całe noce :-) 
Po świętach było już trochę gorzej. Ja zjadłam trochę rzeczy, które chyba musiały jej zaszkodzić, bo wyskoczyła jej jakaś mała wysypka, do tego zrobienie kupki było procesem długotrwałym i bardzo bolesnym, bo Laurcia wpadała aż w jakieś spazmy. Poza tym nadmiar osób wokół, zamieszanie spowodowało, że była bardzo pobudzona i nie chciała w ogóle spać i najchętniej wisiałaby przy cycu. Teraz kilka dni po świętach już się wszystko zaczyna normować z brzuszkiem. Oczywiście myślę, że duża w tym zasługa herbatki z kopru włoskiego. Mała takie kupki posiała po niej, że łatwiej było ją włożyć pod kran do mycia niż bawić się z chusteczkami czy wacikami :-) 
Zaliczyłyśmy też wczoraj pierwszy dłuższy spacer, podczas którego obdarłam sobie całe stopy od dawno nie noszonych butów. Do krwi. Pod koniec spaceru na prawdę przeszło mi przez głowę, że nie dotrę do domu. Myślałam o zdjęciu butów. Na serio. Dziś najwygodniejsze na świecie adidasy też nie dały rady. Był zatem krótki spacer i dłuższe posiedzenie na ławce osiedlowego patio. Taka piękna pogoda, że aż żal siedzieć w domu.
Połóg nie doskwiera. Szwy, które nie zostały wyjęte przez położną wypadły same. Mogę już bezboleśnie usiąść na cztery litery nie czując dyskomfortu. Chyba już się wszystko pogoiło. Nie krwawię. A położna za każdym razem pyta kto mnie tak ładnie pozszywał :-) Mąż się nie może doczekać wiecie czego. Ja też. 
Poza tym moje życie toczy się w sypialni pomiędzy łóżkiem, przewijakiem a łóżeczkiem Laury. Jestem z siebie dumna, bo staram się ją zawzięcie odkładać do łóżeczka, żeby nie nauczyć jej spania w naszym łóżku. Na razie jest całkiem ok. A ostatnio nawet polubiła się ze smoczkiem. Cmoka go gdy jest najedzona a niespokojna. Zdecydowanie po tym lepiej zasypia. A tak - wisiałaby przy cycu tylko go cmokając. 
No i chyba obecnie cierpię na większe zapotrzebowanie mleczka. Tak jak w nocy jak mała śpi nazbiera się tyle, że aż boli to w ciągu dnia wysysa wszystko co do kropli i często domaga się więcej. 


Podsumowując - chociaż może powyższe tego tak bardzo nie akcentuje to kocham jak się do mnie przytula podczas karmienia. Kocham jak się do mnie uśmiecha. Kocham ją nad życie i jestem bardzo  szczęśliwa, że ją mam. A to dopiero początek naszej miłości :-)