środa, 11 lutego 2015

[ dzień, noc i sny - update ]


Dziecię Moje! 
Maleństwo! 
Dałabyś mamie wyspać się zanim wyskoczysz z brzuszka!

Ostatnie dwie noce znów wybiły mnie totalnie z rytmu i szczerze mówiąc nie potrafię się nawet skupić nad tym, żeby się zebrać w sobie i ogarnąć jakieś jedzenie i w ogóle zrobić cokolwiek. 

Wczorajsza noc, nawet powiedziałabym, że przespana. Oczywiście bez szaleństw, bo obudziłam się przed 6. Jak mi się przypomniał mój sen to aż sama z siebie się zaśmiałam a jak potem opowiadałam go mężowi i mamie to składaliśmy się ze śmiechu w pół. 
Śniło mi się, że przewijałam małego chłopczyka. Ale to nie było takie zwykłe przewijanie, bo tenże chłopiec był ufajdolony w kupce aż po szyję. Ja w panice chciałam jak najszybciej go ogarnąć, ale co tylko go ubrałam to mi się przypominało, że czegoś nie zrobiłam. A to nie wytarłam dokładnie dupci, a to nie posmarowałam kremem, a to pampersa zapomniałam założyć pod śpiochy. Starałam się skupić w śnie i zrobić wszystko po kolei jak się nauczyłam w szkole rodzenia, ale im bardziej chciałam sobie przypomnieć tym więcej głupot robiłam. Jak już mi się udało to położyłam małego do mojego taty na brzuszku i w tym czasie wrócił mój mąż z psem. Abstrahując od tego, że mój mąż nie lubi zwierząt to jego uśmiechnięty widok z pieskiem na smyczy był czymś niestandardowym. I co ja zrobiłam? 
Zaczęłam przewijać tego pieska. Pobudka!

Jednak dzisiejsza noc to było jakieś apogeum. Budziłam się co chwilę. 
Zauważyłam, że ostatnio budzę się punkt 5:45. Jako, że wczoraj mój kochany mąż złożył w końcu łóżeczko Laury to szczebelki łóżeczka zasłaniały mi cyfrę godziny. Otworzyłam oczy, patrzę na zegarek i widzę "44". Myślę sobie "no tak, to już chyba standard". Jakie było moje zdziwienie jak zobaczyłam zamiast piątki, czwórkę z przodu. I na tym skończyło się moje spanie. Wstałam na chwilę do toalety, bo córcia polubiła ostatnio dawać kuksańce w mój pęcherz i po opróżnieniu go mam wrażenie, że znów muszę iść. Walczę ze sobą niesamowicie. Mówię do niej "córciu no dajże spokój i podziubaj sobie moje żebra albo inne narządy a pęcherz zostaw w spokoju", ale ona uparciuch nie chce wcale słuchać. Widocznie jej się bardzo podoba ganianie matki co chwilę. Po powrocie do łóżka myślałam, że zasnę raz, dwa. I tu znów się zdziwiłam, bo okazało się, że mała chce sobie radośnie poskakać i nie da mi usnąć. Do tego leżąc na lewym boku drętwieją nogi, na prawym też, na plecach bolą nogi + kręgosłup.
Mąż mój wychodząc koło 7 zawitał na tulenie (nie wiem czy pisałam, ale eksmitował się do salonu na spanie, bo moje przekręcanie się cały czas go budzi. Z dwojga złego lepiej, żebym to ja była niewyspana niż on, bo ja czasem sobie odeśpię w ciągu dnia a on będąc w pracy raczej średnio). Po tuleniu wyskoczył do pracy a ja przymknęłam oczy modląc się o chwilę snu. Nic to niestety nie dało. I tak wstałam, ogarnęłam się, ogarnęłam mieszkanie i teraz siedzę sobie i piszę jak mi źle i niedobrze.

Zaczęłam 9 miesiąc. Niech sobie mała posiedzi jeszcze tydzień, dwa i niech już wyskakuje. Już się nie mogę doczekać zarówno jej, jak i końca moich boleści, bo podsumowując - ta ciąża nie należy do łatwiejszych. Co prawda nie mam porównania, bo to moja pierwsza ciąża, ale czytając opinie innych to moja jakoś nie przywołuje dobrych wspomnień jeśli chodzi o samopoczucie. Albo po prostu dziś mi się tak wydaje, bo jestem wykończona. 

Ehh. 
Zjadłabym lazanię.